+
Kochani
Zauważyłem,
że pojawili się zwykli ludzie ( nie w Internecie), którzy w
związku z tzw aferą Epsteina i przyglądając się jej uważniej
mniej są już przewrażliwieni na punkcie tzw historii spiskowych i
skłonni są bardziej niczego nie wykluczać także w kwestii
Smoleńska.
Dlatego
postanowiłem wrzucić swój materiał opublikowany w sierpniu 2011
na portalach: Salon 24, Niepoprawni, i Neon 24 (wcześniej Nowy
Ekran).
Jak
ktoś z was będzie chciał i miał okazję dać komuś takiemu, to
myślę, że taki materiał uruchamiający myślenie jest dobry na
początek.
Poniżej,
przed artykułem, wstęp, który wtedy dałem.
…...............................
Wspominanie
Delegacji Tu – 154. Ostatnie chwile, godziny, dni.
Tekst
niniejszy liczy blisko osiemnaście tysięcy znaków, czyli 10 stron
znormalizowanego maszynopisu. Proponuję zatem zrobić sobie herbatę
, lub zostawić tekst na luźniejszy czas wieczorem. Aczkolwiek
materiał, sądzę, czyta się dość łatwo (choć z drugiej strony
wszystko co dotyczy tematyki „smoleńskiej” nie jest łatwe ani
przyjemne) to jednak nie warto tego robić w ten sposób aby go
przelecieć. Nie da się go przeczytać w ten sposób, poza tym wiele
rzeczy umknie także i dlatego że jego istota w znacznej części
zawiera się w formie. Tekst zaś traktuje o bardzo istotnych
aspektach tragedii „smoleńskiej” do niedawna prawie nie
podnoszonych.
Jest
tak, że jeśli umrze jakaś osoba wspominamy w sposób szczególny
jej ostatnie godziny, dni. Robią to osoby bliskie i dalsze. Mówi
ktoś na przykład: „Przedwczoraj z nią rozmawiałem!”
mając na myśli zaskoczenie wobec niespodziewanej śmierci.
Niespodziewanej, ale naturalnej śmierci w wyniku utajonej choroby,
bądź jej nawrotu. Tak jest w przypadku osoby prywatnej, szarego
człowieka z sąsiedztwa.
Podobnie
wspominamy jeśli śmierć jest tragiczna, aczkolwiek będąca
oczywistym wypadkiem na przykład kilkorga dziewiętnastolatków
wracających samochodem z dyskoteki z miasteczka do swojej wioski,
jadących z szybkością 170 h i uderzających w drzewo.
W
tych powyższych przypadkach znajdzie się na pewno wiele wspomnień
w gronie najbliższych osób. Będą bliższe i dalsze, ale nie
zabraknie wspomnień z ostatnich godzin, z ostatnich dni.
Jeszcze
większa uwaga będzie zwrócona na relacje świadków widzących
ostatni raz daną osobę jeśli poniesie ona śmierć w
niewyjaśnionych okolicznościach. Zwrócona przez policję i
innych śledczych, o ile oczywiście nie ulega żadnym sugestiom,
naciskom, poleceniom, co zakładamy ad hoc, aczkolwiek wiemy że nie
zawsze tak bywa. Wtedy badane jest dokładnie kto ostatni widział
denata, z kim się ten widywał przez ostatnie godziny,
szczególnie ostatnią dobę. Co denat robił przez ostatni czas.
Jest też takie żelazne określenie „48 godzin” – czyli dwie
ostatnie doby szczególnie ważne. Słyszymy często, ostatnie dwa
dni. Gdy potrzeba cofamy się bardziej wstecz, gdy o danej osobie nie
mamy żadnych informacji. Więc po tych żelaznych 48 godzinach
przede wszystkim dzień trzeci i gdy trzeba następne.
Jeśli
ktoś uważa że ma zbyt małe pojęcie o pracy policji w tego typu
przypadkach biorąc pod uwagę tzw. real, z łatwością przypomni
sobie oglądane filmy i seriale kryminalne, w których to nie raz
mógł zobaczyć, a także programy typu „997”.
W
przypadku osób publicznych przekładnia zainteresowania zwykłych
zjadaczy chleba związana jest z mediami. Ponieważ (rzecz oczywista)
społeczeństwo znające osobę publiczną z mediów, gdy żyła,
tylko za pomocą nich może dowiadywać się czegoś o niej po
śmierci.
A
więc najprostsze działanie mediów jest takie: Im większe jest
zapotrzebowanie społeczne tym więcej przekazuje społeczeństwu
informacji o nieżyjącej osobie. Z naturalnych przyczyn biorą
górę informacje z ostatnich godzin, ostatnich dni. Dla mediów
z kilku powodów: najlepiej pamiętają je świadkowie kontaktujący
się z nieżyjącym/ą w ostatnich chwilach, godzinach przed
śmiercią, ostatnim dniu, dodatkowo najbardziej przeżywają te
godziny, ostatnie dni, więc media mają szczególnie wzruszający
materiał, autentyczny, świeży, a jak wiemy taki materiał zwiększa
oglądalność, więc o taki materiał choćby z powodów
merkantylnych im chodzi. Ponadto świadkowie pamiętają na świeżo
ważne rzeczy, lub choćby atrakcyjne medialnie szczegóły, które
można podać w sposób skondensowany i wyrazisty.
Ilość
i intensywność takich przekazów medialnych zależy od
atrakcyjności nieżyjącej osoby dla odbiorców mediów. Jeśli jest
bardzo duża oczywiście materiałów będzie dużo.
Mamy
też sytuacje wyjątkowe gdy telewizje w przypadku śmierci jakiejś
wyjątkowo ważnej osoby dla państwa zmieniają nawet ramówkę.
Tak
bywa zwłaszcza w wypadku szczególnie poruszającej zbiorowej
śmierci, tragedii. Znamy taki przypadek z 11 września 2001 gdy nie
tylko amerykańskie, ale telewizje całego świata zmieniały swoją
ramówkę, bądź poświęcały tylko temu prawie czas kanały
informacyjne.
W
naszej smoleńskiej tragedii (jak wiadomo uznaną za wyjątkową w
dziejach świata nie tylko przez nasz sejm, ale i odległe państwa
ustanawiające na przykład jak Brazylia bezprecedensową w przypadku
obcego państwa trzydniową żałobę) postacią na której skupiła
się główna uwaga Polaków był śp. prezydent Lech Kaczyński.
Uwaga była, stała się, jak też wiemy wyjątkowa i zaowocowała
hołdem setek tysięcy zmierzających do pałacu prezydenckiego.
Różnego rodzaju media szukały nieemitowanych zwłaszcza
materiałów z Lechem Kaczyńskim i ogólnie z para
prezydencką, a prasa i wydawnictwa przygotowywały albumy.
Ponieważ
znamienitych osób które zginęły było wiele i mogło w przypadku
którejś dojść do prezentowania śladowej informacji o niej i
byłoby to czymś naturalnym (choć swoją droga można było się
spodziewać o każdej filmu dokumentalnego, lub przynajmniej
dłuższego reportażu) skupmy się na prezydencie.
Było
oczywistym że zostanie pokazany przede wszystkim (tu w
kontekście całej delegacji) odlot Tupolewa z lotniska na
Okęciu połączony z wsiadaniem delegacji do samolotu.
Najbardziej medialnie nośne są ostatnie chwile człowieka, które
udaje się pokazać (zwłaszcza gdy wsiada do samolotu, który ulega
katastrofie).
I
telewizje (a przynajmniej tvp bo inne oglądałem wyrywkowo)
spełniały to oczekiwanie...choć nie do końca.
No
właśnie jak pokazywały ostatnie chwile delegacji w tym przede
wszystkim prezydenta? Pokazywały, trzeba stwierdzić, nie raz,
pokazywały jako powtarzającą się migawkę wchodzenie prezydenta
po schodkach do wnętrza Tupolewa. Krótki był to fragment i tylko
na schodkach. Prezentowany w czerni i bieli przeniknięty nastrojową
muzyką. O ile pamiętam prezydent zatrzymuje się przed włazem i
macha ręką. Macha ręką do stojących na lotnisku
odprowadzających, żegnających. Symboliczna wymowa była taka (i
taka też była intencja pokazujących i nasza w odbiorze) iż to
ostatni gest prezydenta skierowany do Polaków.
I
ja i wielu na pewno czuło pewien niedosyt. Ale czyż można było
się nad tym zastanawiać dlaczego widzimy tylko prezydenta i tylko
na krótkim fragmencie puszczanym w kółko, jakby nie było więcej
materiału? Niejeden był zdziwiony trochę, ale zdziwienie
przytłumiały emocje i żałoba i nie pozwalały mu się rozwinąć.
Jeśli
bowiem telewizja, czy też serwis prasowy prezydenta (wtedy nie
wiedzieliśmy że serwisu prasowego prezydenta nie było ani na
Okęciu, ani w Smoleńsku) która nakręciła ten film, ten krótki
fragment, tyle nam pokazała to uznaliśmy że tyle zostało
nakręcone. Po prostu takie robocze sfilmowanie archiwizujące. To
czy rzeczywiście tylko tyle materiału się kręci z wylotu głowy
państwa za granicę, nie mówiąc o wyjątkowości delegacji nie
zastanawialiśmy się. Być może zastanowiły się nad tym osoby
zawodowo filmowaniem się zajmujące, ale nam nie powiedziały.
Wydawało się też nam intuicyjnie że jest to prezydent na trapie z
innej wizyty. Zaś pokazany dlatego że chodziło o symbol. Wszak
prezydent wchodzący po schodkach trapu wygląda tak samo niezależnie
od tego czy jest to wylot sfilmowany w dniu 10 kwietnia 2010, czy na
przykład udający się z wizytą w podróż zagraniczną
kilka miesięcy wcześniej. A dlaczego by nie miano pokazać
prezydenta na trapie z 10 kwietnia, a pokazywać z innego czasu? Nad
tym się nie zastanawialiśmy. Czy była do tego głowa? To tak jakby
zastanawiać się na pogrzebie dlaczego odcień lakieru trumny jest
taki a nie inny, albo dlaczego gospodyni (która znamy) robiąc stypę
w domu wyciągnęła nie ten serwis obiadowy, którego się
spodziewaliśmy, tylko inny.
W
takim więc wspominaniu szczególnie cenne były osoby, których
oczom były znane ostatnie chwile prezydenta i delegacji.
Ostatnie znane ludzkim oczom, bo wiedzieliśmy że prezydent i
delegacja mieli przed sobą .. (no właśnie, bo dokładnie nie
wiedzieliśmy ile) jeszcze godzinę, półtorej, dwie godziny życia?
W każdym razie tyle ile się leci do Smoleńska. Zresztą nad
tym się nie zastanawialiśmy jak i nad standardami związanymi z
podróżą samolotem. Oczywiście można by się spodziewać
sytuacji, w której spiker pokazuje odrywający się od pasa
startowego samolot i mówi że pasażerom zostało (na przykład)
około 85 minut życia, bo na podobną rzecz każdy kiedyś tam w
kinie, w telewizji, w radio się natknął, ale przecież nie musiało
tak być. Poza tym brzmiałoby to może: pretensjonalnie? (o ile w
tej sytuacji byłoby to odpowiednie słowo).
Można
by się więc spodziewać jakiejś sytuacji w której medialnie
dłużej pobędziemy na lotnisku Okęcie i będziemy widzami
ostatnich chwil Głównego Pasażera i innych pasażerów na
polskiej ziemi. A także rekonstrukcji takiego pożegnania
jeśliby nakręcony materiał byłby znikomy (bo jak wyżej nie
wiedzieliśmy ile... etc.).
Wróćmy
do prezydenta na schodkach trapu. Mieliśmy pierwszego świadka, Polaka Sławomira Wiśniewskiego na miejscu tragedii, montażystę i
przypadkowego kamerzystę katastrofy. Analogicznie takim podobnym
świadkiem byłby kamerzysta filmujący prezydenta na schodkach
trapu. Choć tu rzecz jasna nie tak unikalnym bo prezydent przecież
odwracając się i pozdrawiając ręką nie pozdrawia tylko
kamerzysty. Pozdrawia delegację, która stoi na lotnisku. Mógł
więc kamerzysta ze wzruszeniem przed kamerami opowiadać jak to
ostatni filmował śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego (i resztę
delegacji chyba...). No ale póki co tylko prezydent z delegacji by
wystarczał. Jednak tego sentymentalnego świadka (bo nie dowodowego
jak Sławomir Wiśniewski) zlekceważono. (Ba, nie znamy nawet jego
nazwiska.) A takich wspomnień sentymentalnych (choć nie z
ostatnich chwil, godzin, poprzedniego dnia na polskiej ziemi) było
dość dużo.
Telewizje
jak wiadomo pokazują zwykle materiał obrobiony, ale czynią wyjątki
gdy materiału filmowego jest mało, lub gdy jest wyjątkowy. Trudno
przypuszczać by jakiś kamerzysta filmujący w ramach swego zawodu (
czyli jak to się mówi inaczej –profesjonalny) odlot prezydenta
skręcił go tylko na schodkach trapu i do tego na ich fragmencie.
No, ale tym razem nie poznaliśmy pozostałych fragmentów filmu z
tak cennych dla zbiorowej pamięci ostatnich chwil prezydenta na
polskiej ziemi. Każdy skrawek takiego filmu był cenny i
pożądany.
Skoro
już wiemy że prezydent machał ręką nie tylko, a nawet przede
wszystkim nie do kamerzysty to odważymy się zadać niedyskretne
pytanie do kogo machał? (choć wiemy że symbolicznie do nas) Musiał
ktoś być jeszcze na tym lotnisku.
Czy
przypominają sobie państwo rozmowy z osobami odprowadzającymi
prezydenta a znajdującymi się na lotnisku emitowane w TVP, TVP info
i innych mediach. Emitowane zaraz po katastrofie i w pierwszych
dniach? Nikt sobie nie przypomni (chociaż kto wie, czasami tak bywa
że im dalej w czas tym więcej świadków) bo ich nie było.
Ostatnie
spojrzenie prezydenta skierowane w stronę konkretnej grupy ludzi, a
my je lekceważymy. Być to mogło?
Zachowania
mediów tym kontekście nie będziemy rozgryzać bo niezrozumiałe.
Ale czy w dzisiejszym świecie ludzie będący w centrum wydarzeń
muszą koniecznie czekać aż jakieś łaskawe media podejdą do
nich, zwłaszcza gdy są depozytariuszami ostatnich chwil głowy
państwa? Na pewno nie. Zawsze jakieś media przyjdą do nich. A
nawet gdyby (ale tego w pierwszych dniach po katastrofie nie
widzieliśmy) stosowały klucz polityczny to przecież są TV
Trwam, Radio Maryja, Nasz dziennik, jest jeszcze Internet gdzie
można choćby na gorąco zamieścić dokładne wspomnienie ostatnich
chwil, dwóch trzech dni, ich służbowych części spędzonych u
boku prezydenta. Odprowadzający delegację, do których Lech
Kaczyński machał ręką, mieliby więc gdzie zaprezentować swoje
wspomnienia z lotniska, gdyby uchowaj Boże ( a czego jak wiemy nie
było w pierwszych dniach) nastąpił jakiś medialny bojkot pamięci
prezydenta.
Dziwnym
trafem nie zaprezentowano nam w owym czasie składu delegacji
odprowadzającej prezydenta, ale w natłoku wrażeń to nam
umknęło. Mogło też umknąć telewizjom, choć z drugiej strony
musiały trzymać rękę na pulsie zapełniając swój czas antenowy
wieloma rozmowami ze znającymi różnych członków delegacji. Tak
mi się przy tej okazji wydaje że nie było żadnych, lub prawie
żadnych generałów wspominających swoich kolegów. No, ale może
tylko mi się tak wydaje.
Tak
więc chętnym uchem łowiliśmy wspomnienia o różnych znamienitych
osobach naszego państwa, ale wspomnień odprowadzających ( co jak
się pisze przeoczyliśmy) nie zaznaliśmy.
No
dobrze, a jaki jest ten skład delegacji odprowadzającej prezydenta,
generałów, parlamentarzystów, innych na lotnisko? Skoro media się
nim z nami nie podzieliły to zapytajmy najważniejszą osobę
związaną z prezydentem po śmierci ministra Stasiaka, ministra
Sasina.
Posiedzenie
Parlamentarnego Zespółu ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy TU-154M z
10.IV.2010 r. z dnia
22-09-2010
na które został zaproszony minister Sasin.
Poseł
Zbigniew Kozak zadaje następujące pytania:
Panie
ministrze, ja mam trzy pytania.
Pierwsze,
to jest, kto odprowadzał pana prezydenta na lotnisko?
Drugie,
kto widział wylot samolotu z pasażerami, czy to jest jakoś
utrwalone? No i trzecie, czy jakieś służby, nie wiem, SKW śledziły
w ogóle lot tego samolotu? I kto odpowiadał za bezpieczeństwo tego
lotu i czy są na to jakieś dokumenty? Dziękuję bardzo.
Wszystkie
trzy pytania są ciekawe i istotne, ale zapoznając się z trzema,
pominiemy na razie w rozważaniach ostanie, a mając na uwadze to o
co pytaliśmy także, czyli o filmowanie odlotu pana prezydenta
skupimy się na tym które chcieliśmy zadać ministrowi Sasinowi,
czyli kto odprowadzał prezydenta na lotnisko. Nim jednak do tego
przejdziemy pragnę zwrócić uwagę na to że nie tylko my, zwykli
zjadacze chleba nie wiedzieliśmy zaraz po tragedii kto odprowadzał
naszego prezydenta i resztę delegacji. Nie wiedział tego także
poseł Zbigniew Kozak. Ha, nie tylko nie wiedział zaraz po 10
kwietnia, ale nie wiedział do 22-09-2010 czyli przez pół roku po
tragedii. Dodatkowo poseł był (jest) szczególnie zainteresowany
sprawą tragedii smoleńskiej jako członek zespołu parlamentarnego
i jako członek PiS. My zapoznając się z zeznaniem pana Sasina mamy
cokolwiek gorszą możliwość, bo zdaje się nagranie dźwiękowe,
jak stenogram były dostępne na stronie internetowej Parlamentarnego
znacznie, znacznie później.
Pół
roku później i unikalna i elitarna wiedza, która objawić ma
minister Sasin. Ale oddajmy już głos panu ministrowi aby
odpowiedział posłowi Kozakowi:
Na
wszystkie pytania uczciwie powinienem powiedzieć, nie wiem.
?????????
Jest
taka sytuacja. Minister Sasin zastępca szefa kancelarii prezydenta
po śmierci ministra Stasiaka główna osoba obozu prezydenckiego pół
roku po 10 kwietnia nie wie kto odprowadzał prezydenta. Można by tę
sytuację zrozumieć (choć na pewno byłoby to bardzo nieładnie)
gdyby minister Sasin wycofał się z życia politycznego, wycofał z
uczestniczenia w podtrzymywaniu pamięci, wyjechał na Bermudy, lub
do Mandżurii by tam w zaciszu spędzać czas. Można by to
zrozumieć. Ale minister Sasin nie wycofał się. Jest głównym
oficjalnym depozytariuszem pamięci prezydenta biorąc pod uwagę
urząd. Przewodzi Centrum im. Lecha Kaczyńskiego . Jest
obecny. Opowiada o prezydencie. Nadto jak by się wydawać mogło
jest przecież szczególnie związany emocjonalnie. Czyż nie on
płakał najbardziej ze wszystkich oficjeli w czasie pamiętnej mszy
na placu Piłsudskiego? Jeśli więc „żyje prezydentem”
czyż w gronie przyjaciół z byłej kancelarii prezydenta nie
powspominałby ostatnich znanych chwil prezydenta, czyli na lotnisku
gdzie delegacja wiernych druhów z kancelarii prezydenta odprowadzała
go, a może i wcześniej jeszcze niż na lotnisku na przykład, w
czasie jazdy na lotnisko gdzie wierni druhowie prezydenta z nim
rozmawiali, a nikt nie spodziewał jaka tragedia się wydarzy, tak
straszna, do tego tak mistyczna gdyż wszyscy ważni Polacy (oprócz
rządu) chcieli oddać hołd tam w Katyniu naszym zamordowanym
bestialsko oficerom. I Katyń zabrał kolejne ofiary. Fatum. I
jeszcze wcześniej gdy prezydent opuszczał wraz ze swymi wiernymi
druhami Pałac Prezydencki, i tuż przed opuszczeniem. Ostatnie
rozmowy, gesty, słowa prezydenta.
Jakże
cenne dla Polaków są (zwłaszcza były w okresie żałoby) te
ostatnie wspomnienia. Ostatnia droga prezydenta z pałacu na
lotnisko. A tymczasem pan minister Sasin nie zapytał? Nie
pogawędził z kolegami, którzy odprowadzali głowę państwa? Nie
chciał wiedzieć przez pół roku kto z jego kolegów, a wiernych
druhów prezydenta widział go ostatni? Pojąć nie sposób. Nadto
jeszcze pan minister Sasin spodziewał się że zapytają go o to
dziennikarze i prawicowi i lewicowi, prawda? Zapytają zaraz po
katastrofalnym rozbiciu się samolotu. Więc szybko nadrobiłby tę
wiedzę, którą prosto zdobyć, bo przecież od życzliwych kolegów
z kancelarii, braci w nieszczęściu, więc nie od jakichś nie
lubiących prezydenta panów, tylko od swoich. Ba, można sobie
wyobrazić wręcz że takie rozmowy pojawiają się bez jakiejkolwiek
zachęty ze strony ministra Stasina, w czasie wspólnego spotkania,
bez jednego słowa zachęty z jego strony koledzy, a wierni druhowie
prezydenta, wspominają, wspominają.
Minister
Sasin nie wiedział przez pół roku kto odprowadzał pana prezydenta
na lotnisko.
Minister
Sasin nie wiedział przez pół roku kto widział wylot samolotu i
czy to było jakoś utrwalone.
Minister
Sasin nie chciał zapoznać się z materiałami filmowymi, bądź
zdjęciami które miały uwiecznić ostatnie chwile ukochanego
prezydenta? Nie do uwierzenia. Co się stało proszę państwa!? Nie
wiem wprost jakie pytania tu jeszcze zadawać, w tym odnośnie
wiernych druhów prezydenta. No, po prostu nie wiem. Odnośnie
wiernych druhów, bo choć minister Sasin nie wiedział i się nie
dowiedział to inni wierni druhowie z kancelarii prezydenta
wiedzieli, ci którzy odprowadzali. Bo chyba wiedzieli skoro
odprowadzali? A może odprowadzając nie... bo ja nic już nie
rozumiem. Chyba że tunelowanie poznawcze. W tunelu przysypany
kamieniami i tylko pragnie by krew wypłynęła na wierzch i wskazała
miejsce zbrodni. Tunelowania pojedyncze, tunelowania zbiorowe.
Ale,
ale zapomnielibyśmy dodać jak minister Sasin tłumaczy swoją
niewiedzę dotyczącą tego kto odprowadzał prezydenta. No bo
przecież tłumaczy. I rzeczywiście tłumaczy. Bingo. Przede
wszystkim z tego powodu, że ja od dwóch dni przed tym wylotem
tragicznym już znajdowałem się, byłem w podróży prawda i wtedy
znajdowałem się już w Smoleńsku.
No
to już wiemy.. chociaż.. nie, nie wiemy dlaczego od dwóch dni w
podróży (prawda) skoro do Smoleńska leci się 62 minuty. Z innych
informacji nie wynika i minister Sasin raźno nie stwierdza że
jechał pociągiem: był w innych wypowiedziach i samochód i samolot
(jaki?) ponadto w tym zeznaniu równocześnie od dwóch dni jest w
podróży i równocześnie znajdował się w Smoleńsku. Jak pisał
prozaik i filozof Borghes: „Czas jest naszym największym i
najbardziej trwożliwym problemem”.
Uzupełnijmy
całość tej wypowiedzi: W związku z czym, ani nie jestem w
stanie powiedzieć, czy ktoś pana prezydenta odprowadzał. Było w
zwyczaju takim, że przy wylotach prezydenta ktoś z ministrów czy
doradców prezydenta żegnał prezydenta na lotnisku, w tym sensie,
że, ja szczerze przyznam się, że nie wiem czy ktoś
wtedy żegnał jakby. (podkreśl. CP) W tym wszystkim,
co się potem działo, ten szczegół mi umknął. Czy...
Przewodniczący
Antoni Macierewicz:
Ja
myślę, że minister Duda był ....?
Minister
Jacek Sasin:
Nie
wiem tego, właśnie tego nie wiem. (Cóż za pech tego właśnie
nie wie.)
Szczerze
mówiąc, jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby nawet to ustalić.
(Ale jest za to szczery)
Ale,
bo też nie wydawało mi się, że to rzeczywiście jakąś sprawę
szczególnie ważną, no bo jakby (ulubione jakby
słowo ministra Sasina – widać znajomość Faulknera) nie
widziałem tutaj też żadnej tajemnicy w tym wylocie. Wydawało mi
się, że tutaj nie było żadnej takiej sytuacji, które mogły mieć
jakiś wpływ na to, co się potem stało.
Wzruszy
nas też taki fragment wypowiedzi ministra Sasina, wiernego druha
prezydenta : No nie posiadam takiej wiedzy po prostu. Nie mam
takiej wiedzy, nie mam takiej wiedzy. (To odnośnie monitoringu
lotu przez polskie służby). Ale pan minister Sasin jakby krzyczy.
Nie ma tu wykrzykników, ale czyż możemy wątpić że przeżywa gdy
trzykrotnie upewnia nas że nie ma takiej wiedzy. Liczba to znamienna
bo wiemy że nim trzykrotnie kur zapiał.. A minister Sasin bardzo
nas upewnia bo bardzo kochał pana prezydenta.
I
aż dopiero potem pan T. Szczegielniak z kancelarii prezydenta
podzielił się z nami ostatnimi chwilami prezydenta na polskiej
ziemi, choć jakby nie do końca bo jakby (by użyć ulubionego
wspomnieniowego słowa ministra Sasina) przyjechał, wszedł na taras
widokowy (który był w remoncie) popatrzył i odjechał więc jakby
nie wiemy kto odprowadzał pana prezydenta, był z nim w drodze od
pałacu prezydenckiego.
I
jeszcze dłużej czekamy na trzeciego druha pana prezydenta Andrzeja
Klarkowskiego, który w lutym (nieco wężej) i w marcu (nieco
szczegółowiej) dzieli się z nami ostatnim i unikalnym bo bliskim i
dokładnym widokiem nie tylko prezydenta, ale.. całej delegacji!
Wyobrażacie sobie Państwo! Całą delegację widział! Zuch!
Gieroj! Niemal rok czasu trzymał te skarby dla siebie! Przypominają
się postacie z literatury, będące projekcją wyrafinowanej
potrzeby autora, smakosze chowający skarby bogatych wspomnień tylko
dla siebie, aby w samotności je trawić jak bohater „Pachnidła”
zapachy.
Tak
to wygląda w skrócie dostępna historia dotycząca niektórych
wspomnień o panu prezydencie i delegacji z ostatnich chwil pasażerów
feralnego lotu Tu154 M o numerze bocznym 101 na polskiej ziemi.
Cyprian
Polak
P.S.
Wtedy tekst był jeszcze podpisywany pseudonimem, bez nazwiska.
Nazwiskiem, obok pseudonimu, zacząłem podpisywać się z początkiem
2012 roku. Więc zostawiam taki podpis dla zachowania w tej formie
jak było w chwili publikacji. Gdybyście komuś podali wydrukowany
to bez „P.S.” i z moim też nazwiskiem.